Facebook rozumie Społeczności. Google już wiele razy udowodnił, że ma z tym problem. Najbardziej spektakularnymi porażkami tego giganta były Wave i Buzz.
Google jest firmą technologiczną, w której produkty są wymyślane i tworzone przez inżynierów i geeków. Są proste w obsłudze, szybkie, minimalistyczne i działają dokładnie tak, jak użytkownik tego oczekuje. Mimo to, nie przyciągają, nie wywołują w użytkowniku większych emocji, nie powodują by użytkownik chciał z nimi spędzać więcej czasu. Na strony produktów Google się wchodzi, robi to co trzeba zrobić (wyszukać stronę w Internecie, napisać maila, dodać kolację z przyjaciółmi do kalendarza) i potem wychodzi.
Różnica polega na tym, że z Facebooka naprawdę trudno jest wyjść. Nieustannie jest coś ciekawego do przeczytania, zobaczenia, skomentowania. Facebook „przykleja” użytkownika na długie godziny. Kolejne usługi, które wprowadza mają na celu sprawić, aby użytkownik już w ogóle nie musiał opuszczać platformy. Facebook staje się synonimem Internetu. Google to „zaledwie” synonim wyszukiwania.
Po wprowadzeniu Google Plus wielu komentatorów z branży szumnie ogłosiło, że tym razem Google odrobił lekcję. Mam jednak wrażenie, że nie do końca. I nie chodzi mi nawet o to co jest w samym Google Plus. Nie chodzi mi także o jego funkcje, bo te są jak najbardziej poprawne. „Kręcenie kręgów” jak nazywa to jeden z moich kolegów dostarcza niektórym sporo rozrywki i zachęca do tego, aby „przykleić się” do usługi – sam napisałem do tej pory w Google Plus więcej, niż na Facebooku (nie jestem aktywnym użytkownikiem).
Z funkcji Hangouts (czyli wideoczatów z wieloma osobami) prawdopodobnie nigdy nie skorzystam, ale przeczytałem w artykule na blogu NYTimes, że może ona być tzw. „killer app”, czyli funkcją, która okaże się kluczowa dla powodzenia całego projektu.
Jeśli chodzi o wizualną stronę platformy, to w Google+ jest ładnie, przejrzyście, na razie brak spamu ze stron biznesowych i agresywnych aplikacji, co zdecydowanie wychodzi na „plus”.
Istotne kwestie prywatności zostały przemyślane lepiej niż na Facebooku, więc przynajmniej orędownicy bezpieczeństwa będą zadowoleni. Chociaż moim zdaniem dla przeciętnego użytkownika kwestie prywatności są mało istotne.
Podsumowując – cały projekt wygląda naprawdę obiecująco.
Natomiast nie w tym rzecz. Wave i Buzz (pomijając kompletną porażkę z kwestiami prywatności profili w Buzz) też były świetnymi i innowacyjnymi produktami (zwłaszcza Wave). Ale popełniono błędy przy wprowadzaniu ich na rynek. Wave’a praktycznie nikt nie rozumiał. Ci, którzy chcieli zrozumieć, wchodząc tam zobaczyli, że nie ma tam ich znajomych, bliskich czy współpracowników. Wyszli więc i już nigdy nie wrócili.
Z Buzz było podobnie. Przeciętny użytkownik kompletnie nie wiedział o co chodzi. Do dziś pamiętam jak użytkownicy Buzza tłumaczyli, że teraz mają Facebooka tylko, że w Gmailu. Na to jedna z moich znajomych odpisała „Aha, no to fajnie. W takim razie właśnie jem śniadanie.” A potem wróciła na Facebooka i jej przygoda z Buzz się skończyła.
Z Google Plus jest jeden zasadniczy problem. Google źle rozwiązał kwestię zaproszeń. Czasami dobrze jest tworzyć aurę niedostępności, wtedy ludzie za wszelką cenę chcą się dostać do usługi i zobaczyć ją jako pierwsi. Ale według mnie takie podejście zupełnie nie sprawdza się jeśli chodzi o społeczności, które bazują na obecności naszych znajomych na danej platformie. Nie ma wtedy z kim wchodzić w interakcje i komunikować się, a przecież o to chodzi.
Jeśli Google chciał zaprosić tylko ograniczoną liczbę użytkowników to myślę, że lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie Plusa tylko na jednym rynku (siłą rzeczy na amerykańskim). Wtedy przynajmniej można by skompletować sobie sporą grupę znajomych ze swojego kraju. W tej chwili natomiast nie ma ograniczeń terytorialnych, ale są ograniczenia ilościowe. Powoduje to, że mnóstwo osób chciałoby przetestować Plusa, ale nie mają na to szansy, a wtedy słychać z ich ust rozgoryczone: F*ck Google.
Z kolei osoby, którym udało się dostać, nie mają z kim porozmawiać – przecież nie ma tam ich znajomych! I mówiąc to samo, co rozgoryczeni logują się z powrotem na Facebooku. I tak koło się zamyka!

